Najdłużej pracujący lekarz w regionie o recepcie na zdrowie: “Nie zapominać, że się żyje”

Dr Włodzimierz Janiszewski był gościem Lubuskiego Tygodnia Seniora, fot. ROPS Zielona Góra.
Dr Włodzimierz Janiszewski był gościem Lubuskiego Tygodnia Seniora, fot. ROPS Zielona Góra.
Podczas inauguracji Lubuskiego Tygodnia Seniora w październiku tego roku scenę wypełniały rozmowy o pasji, wartościach i codziennych wyborach, które prowadzą do dobrego życia. Gościem wydarzenia był dr Włodzimierz Janiszewski – lekarz, epidemiolog, wykładowca, społecznik. Człowiek, którego w regionie zna niemal każdy: nie tylko z gabinetów lekarskich, lecz także z setek prelekcji, audycji, konferencji naukowych, działań profilaktycznych i porad, których udzielał przez dziesięciolecia. Z nim właśnie – na dwóch fotelach ustawionych na scenie – odbyłam rozmowę o tym, jak żyć długo, zdrowo i w zgodzie z samym sobą.

Choć jest na emeryturze, wciąż przyjmuje pacjentów w MEDKOLU, choćby raz w tygodniu. Ludzie przychodzą po prostu pogadać, bo doktor nie liczy minut wizyty. Dla niego liczy się spotkanie z drugim człowiekiem.

Katarzyna Kozińska, LCI: Panie Doktorze, dziękujemy, że przyjął Pan zaproszenie na inaugurację Lubuskiego Tygodnia Seniora. Wielu mieszkańców naszego regionu zna Pana z wykładów, konferencji, audycji, porad telefonicznych czy działalności „Powrotu z U”. Ale zanim został Pan lekarzem, życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Podobno o studiowaniu medycyny zdecydował Pan w tajemnicy przed rodziną?

dr Włodzimierz Janiszewski: To prawda. Rodzina myślała, że po maturze pójdę do pracy i zacznę zarabiać. Czasy były trudne, nikomu do głowy nie przyszło, że zapragnę iść na medycynę. Egzaminy zdawałem w tajemnicy – nikt nic nie wiedział. Byłem dobry z biologii, chemii, interesowałem się światem… No i udało się. A jaka była potem duma w domu – tego się nie zapomina.

Można powiedzieć, że ta decyzja była pierwszym krokiem do długiej, intensywnej i pełnej pasji drogi zawodowej.

Zawsze uważałem, że skoro coś robię, to porządnie. A w medycynie nie można inaczej. Nie można byle jak. Ludzie powierzają ci życie, zdrowie. To ogromne zobowiązanie.

Po studiach trafił Pan jednak nie tylko do przychodni — ale także do marynarki wojennej w Dziwnowie. Jak wspomina Pan ten czas?

Z uśmiechem. Pewnego dnia przyszli oficerowie i mówią: „Jest pan kawalerem, przeprowadzka nie będzie problemem. Dobre miejsce, mieszkanie, świeże powietrze”. I tak znalazłem się w Dziwnowie. Leczyłem żołnierzy, ich rodziny, dzieci, a latem także wczasowiczów. Mieszkałem prawie przy samym morzu. Zimą – cisza. Latem – tłumy. Dużo pracy, ale i dużo satysfakcji. A ja bezczynnie siedzieć nie potrafię.

Po wojsku wybrał Pan Szprotawę – podobno dlatego, że oferta przyszła jako pierwsza?

(śmiech) Trochę tak. Byliśmy młodzi, ja i moja przyszła żona – też lekarka. Dostaliśmy mieszkanie na czwartym piętrze, z piecami i węglem do noszenia. Ale to było nasze. A ja zacząłem pracę w chorobach wewnętrznych, potem doszła specjalizacja z zarządzania. Chciałem się rozwijać.

W końcu został Pan dyrektorem ZOZ-u w Żaganiu. To był ogromny projekt.

Ogromny. Warunki były fatalne, poprzedni dyrektorzy zmieniali się co pół roku. Zgodziłem się, ale pod warunkiem, że pomożemy mi stworzyć nową przychodnię. I udało się – jedną z największych i najnowocześniejszych w Polsce. To była praca zespołowa. Wielki wysiłek, ale też wielka satysfakcja.

Wielu Lubuszan pamięta Pana najbardziej z działań dotyczących narkomanii i uzależnień. Jak to się zaczęło?

Z tragedii. W Żaganiu zmarła po przedawkowaniu uczennica. Dyrektorzy szkół prosili, by przysyłać lekarzy na pogadanki, ale nikt nie chciał, bo nikt się na tym nie znał. Pomyślałem: skoro nikt nie chce – to ja muszę. Zapisałem się na kursy, szkolenia, dużo czytałem. Tak powstał „Powrót z U”. Pomagaliśmy rodzicom, rodzinom, dzieciom. Do dziś słyszę głosy matek, które odzyskały swoje dzieci. Nie da się tego zapomnieć.

Przez 12 lat kierował Pan Wojewódzką Stacją Sanitarno-Epidemiologiczną w Zielonej Górze. Jak Pan wspomina ten okres?

To była praca u podstaw. Opisywanie chorób zakaźnych, szczepienia, działania profilaktyczne. I edukacja – zawsze edukacja. Zawsze powtarzam: aktywność, dobre jedzenie, sen, ruch. Trzy proste rzeczy, które decydują o jakości życia. Co ważne, nie wolno zapominać, że się żyje. Nie zasiąść na kanapie.

Sam Pan od młodości był bardzo aktywny – bieganie, boks, spacery…

Sport to mój tlen. Od dziecka biegałem, później trenowałem boks, a całe życie dużo chodziłem. Nikt mnie nie przekona, że nie mamy czasu na ruch. Mamy – tylko go źle wykorzystujemy. 30–60 minut dziennie. Tyle potrzeba, by organizm działał jak trzeba.

A co – poza aktywnością – daje Panu poczucie dobrze przeżytego dnia?

Wartości. Uczciwość wobec siebie, ciekawość świata, szacunek do ludzi. I wdzięczność za to, co mamy. Długie życie uczy pokory – i pokazuje, że zdrowie nie jest przypadkiem. Ono jest efektem codziennych wyborów.


Udostępnij:

Więcej artykułów

szopki

„Krakowskie Betlejem” w Zielonej Górze

W Muzeum Ziemi Lubuskiej można oglądać niezwykłą ekspozycję „Krakowskie Betlejem. Szopki krakowskie na tle szopek świata”. To jedna z najbardziej efektownych prezentacji świątecznych, jakie dotąd

Wyślij wiadomość

Wyślij wiadomość

Przejdź do treści