Zakola i meandry. Jarek, tak musi być! (FELIETON)

Mężczyzna przy stoliku
Andrzej Flügel: Politycy zawsze kłamali, kłamią i kłamać będą. Prezes Kaczyński jedzie jednak bez trzymanki
Prezes Jarosław wygląda dziś jak zagubiony dziadunio przysypiający na posiedzeniu Sejmu i mający wpływ już tylko na swoich wyznawców – pisze Andrzej Flügel w felietonie „Zakola i meandry”.

Pan Bogdan, słuchając bajania jeszcze premiera o szansach zmontowania rządu, jakimś „dekalogu polskich spraw” i mitycznych planach na uzyskanie większości w Sejmie, zadaje sobie pytanie: Czemu on to robi? Na co liczy? Po co brnie w ten gąszcz sprzeczności? W imię czego naraża się na śmieszność i nieuniknioną porażkę? Wypełnia wolę prezesa? Liczy, że jak poleci niczym ćma do światła w tym zupełnie nierozsądnym działaniu, zyska w partii, w oczach szefa na tyle, by starać się o przyszłe przywództwo na prawicy? Nie wiadomo…

Zresztą, prezes Jarosław, który przed 15 października był generalissimusem, przywódcą, kimś, od kogo zależało wszystko w tym kraju, po tym jednym wieczorze zmienił się nie do poznania. Dziś wygląda jak zagubiony dziadunio przysypiający na posiedzeniu Sejmu i mający wpływ już tylko na swoich wyznawców. Skończyło się funkcjonowanie parlamentu pod wodza, czekanie z początkiem obrad, aż łaskawie pojawi się w izbie. Nie będzie już przesuwania początków sesji na godzinę późniejszą, bo wódz lubi się wyspać. Już nie da się wkroczyć na trybunę „bez żadnego trybu” czy wysłać umyślnego do pani marszałek z wiadomością „pani Elu, szef prosi o reasumpcję głosowania, bo musimy wygrać”. Jeszcze pozostało mu grono potakiwaczy, zawsze chętnych do tłumaczenia, co po nawet najgłupszych wypowiedziach prezes miał na myśli. Jeszcze jest w kolejnym rzędzie usłużny poseł, który dba o strzepywanie łupieżu z marynarki szefa, ale nieuchronny koniec dobrych czasów już widać. Skończył się czasy władcy obstawionego na korytarzach gwardią pretoriańską, który posuwał się po korytarzach przy ul. Wiejskiej niczym cesarz Tyberiusz udający się na obrady Senatu.

Panu Bogdanowi zawsze w takich chwilach przypomina się moment rozwalania pomnika Dzierżyńskiego w Warszawie po upadku komunizmu i dwaj młodzi ludzie stojący z wielkim napisem „Feliks, tak musi być”.

Może ktoś pojawi się przed Sejmem albo siedzibą partii, ewentualnie koło uwolnionego od radiowozów i obstawy policji domu wodza z hasłem „Jarek, tak musi być!”. Byłoby fajnie.

To początek demontażu tego, co nawywijali przez osiem lat „trzymający władzę” i ich wyznawcy. Oni jeszcze kombinują, jeszcze szukają dróg wyjścia, jeszcze się zabezpieczają.

Ale to już ich naprawę ostatnie podrygi…

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Więcej artykułów

Magdalena Podhajecka

Po co nam kultura? [KOMENTARZ]

Latem kwitną nie tylko ogródki, ale i kultura. Kibicujemy naszym na igrzyskach olimpijskich, świętujemy dożynki czy delektujemy się muzyką pod gołym niebem. Ale po co

Wyślij wiadomość

Wyślij wiadomość

Skip to content