Piotr Protasiewicz: Chcę zostawić drużynę w Ekstralidze

O spadku Falubazu do I  ligi, sportowej przeszłości i  o  nadchodzącym wyzwaniu związanym z walką o powrót do ekstraligi rozmawiamy z  Piotrem Protasiewiczem, żużlowcem Falubazu Zielona Góra.

Kurz bitewny już opadł, Internet przestał się grzać, już nie musimy się denerwować. Minęło kilka tygodni, krótko zapytam, czemu Falubaz spadł do I ligi?

W sporcie nie ma gdybania, to jest moje podejście. Niestety w  perspektywie całego przekroju sezonu okazaliśmy się najsłabsi. Po fakcie zaczyna się wyliczanie i szukanie, gdzie można było zdobyć więcej punktów. Pobolało to, co miało poboleć, swoje przeżyliśmy. Próbuję wyciągnąć pozytywy z tej sytuacji. Od jakiegoś czasu czegoś może brakowało, może potrzeby otrzeźwienia, trochę innego spojrzenia na pewne kwestie. Trzeba było coś przeorganizować, pozmieniać, aby Falubaz wrócił na te lepsze drogi. Nie ma co płakać. Trzeba się zebrać. Kształtuje się całkiem ciekawa drużyna. Oczywiście pierwsza liga to nie będzie spacer. Ale bardzo w  to wierzę (dlatego jako pierwszy podpisałem kontrakt), że będziemy mieć taką drużynę, która nie zadomowi się w I lidze i szybko wróci do ekstraligi. Taki jest plan na dzisiaj. Owszem, jest ciężko. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, jaka jest sytuacja. Po tak długim czasie spadamy z  ekstraligi. Taki jest sport, nie zawsze jest kolorowo. Trzeba się z tym zmierzyć. Jestem tego zdania, że w sporcie trzeba mieć charakter i  mieć troszeczkę samozaparcia.

Czyli faza rozliczeń i  dyskusji, kto zawalił, minęła i  teraz idziemy do przodu?

Tak. Uważam, że nie ma co rozliczać. Razem awansujemy, razem zdobywamy medale, razem spadamy, odnosimy sukcesy. Personalnie wyciągać, kto, co, jak, na ile procent – to się mija z celem. Dzisiaj to nie ma sensu, już nic nie zmieni. Faza rozliczeń minęła, swoje dostaliśmy od kibiców, od otoczki. Właściciel, zarząd klubu mają jasny plan i widzę, że te działania potwierdzają, że tak jest.

Jest Pan na torze 30 lat. Licencję zdał pan w 1991 roku. Pamięta Pan swój pierwszy ligowy punkt, czy gdzieś to uciekło?

Oczywiście, że pamiętam pierwszą młodzieżówkę, upadek, pierwsze mecze ligowe oraz wszystkie sytuacje, w  których zdobywałem medale. Pamiętam dużo szczegółów, a nawet nie z pozycji sukcesów. To wywierało u mnie jakieś znamię, a jak coś się wydarzyło, co wzbudzało emocje, to pozostaje w nas na długo.

Najlepszy moment w karierze?

Trudno mi dzisiaj powiedzieć. Taki mam charakter, że nie żyję tym, co było. Myślę, że jak skończę jeździć, oczywiście to będzie w niedalekiej przyszłości, to sobie spokojnie wtedy będę mógł usiąść i  na spokojnie powspominać. Ale dzisiaj to jeszcze nie jest ten czas, moment.

W 2007 wrócił pan do Zielonej Góry, w  momencie, kiedy Falubaz do ekstraklasy. Ciążyła na Panu duża odpowiedzialność, bo wraca swój człowiek, aby zespół poprowadzić do sukcesów. I  tak się stało. Teraz jako pierwszy podpisał Pan kontrakt i wszyscy na Pana patrzą, bo z  Protasiewiczem musimy wrócić do ekstraligi. Czy ta odpowiedzialność teraz jest większa niż wtedy?

Wróciłem po 12 latach. Nie chciałbym tutaj wracać do genezy odejścia, bo też to były inne czasy. Miałem dwie poważne kontuzje. Przez osiem miesięcy, kiedy się leczyłem, było duże ryzyko, że mogę już nie funkcjonować w świecie sportu, czy być czynnym sportowcem i  trochę o  mnie zapomniano. No nie trochę, a bardzo mocno, bo przez te miesiące nikt z ówczesnych władz nie wykonał do mnie telefonu, nie zapytał, jak się czuję. To gdzieś spowodowało zadrę. To jest raz. Dwa – miałem ważny kontrakt i  pozmieniało się, klub spadł do I ligi. Nie przejechałem żadnego meczu. Nie zdobyłem żadnego punktu, rozsypałem wszystkie sprzęty, nie było mnie stać, aby to poskładać. Miałem 19 lat i był to rok 1994. Nie dzisiejsze czasy. Nie było tak, że zapukałem do sponsora i  mi pomógł. Byłem skazany na to, że albo kończę jeździć, albo szukam innego klubu. Zgłosiła się po mnie najlepsza drużyna. Dwukrotny mistrz Polski. Dostałem propozycję jazdy. Klub zwietrzył superbiznes, że sprzedaje kalekę, który nie będzie raczej funkcjonował w  świecie sportu. A się okazało po kilku miesiącach, że byłem najlepszym zawodnikiem krajowym w swojej drużynie, zdobyłem mistrzostwa. Później przyszły medale mistrzostw świata. Po tych 12 latach Falubaz rósł w siłę. Pomimo że też jeździłem w dobrym klubie, potrzebowałem nowej motywacji. Czułem, że w  Zielonej Górze mnie chciano. Też byłem w takim momencie kariery, że troszeczkę brakowało mi adrenaliny, takiej rywalizacji. Podpisałem podobny kontrakt, jaki miałem w Bydgoszczy. To nie było tak, że przyszedłem tutaj dla pieniędzy. Zacząłem odczuwać, że popadam w  rutynę. Sport bez finezji, jak ja to mówię. Decyzja wiązała się z ryzykiem. Zielona Góra była klubem, który awansował i spadał. Za mocna na I  ligę, za słaba na ekstraligę. Miałem być tym ogniwem, który miał podnieść drużynę. Zdecydowałem się na ten ruch. Podpisałem kontrakt. Moje obawy nie były bezpodstawne, bo w pierwszym roku walczyliśmy w  barażach o utrzymanie i to z klubem, z którym jeździłem wiele lat, z Polonią Bydgoszcz. W  dwumeczu zdobyłem 30 punktów, później były medale, ale i walka o utrzymanie. W  2018 roku zdobyłem znowu w dwumeczu 30 punktów. W tym roku, mimo szczerych chęci nie było szans na baraż i musieliśmy gdzieś się oglądać na innych. Spadliśmy. Ale bardzo bym chciał odejść z żużla, zostawiając drużynę w ekstralidze. To jest moje marzenie. I chciałbym, żeby to się tak zakończyło. Czy się uda? Zobaczymy. Mamy podejście, jakiś plan i ja chciałbym być częścią tego projektu.

Czyli kolejne wyzwanie?

Oczywiście, że tak. Wcale nie uważam, że dla mnie najlepsze były mecze, gdzie zdobywaliśmy złota i  uzyskiwałem wiele punktów, tylko bardziej te momenty, w  których musiałem wznieść się na wyżyny.

Co robi zawodnik, jak nie jeździ? Najpierw zalicza urlop?

Może wydawać się, że nasz sport opiera się na pięciu minutach w  niedzielę czy we wtorek. To tak nie działa. To jest finalnie. Przygotowania zaczynam już na początku listopada. Połowa września i  październik to jest chwila odpoczynku od żużla, ale z drugiej strony to też są obowiązki. Fakt, nie ma tego ciśnienia, pędu. Ale to czas na spotkania ze sponsorami. Szykuję podwaliny pod ten sezon przygotowawczy, żeby mieć czystą głowę w  listopadzie, grudniu, styczniu, lutym. Żeby mieć budżet spięty, zamówione silniki, czas na porozmawianie z  trenerami, sponsorami. Owszem, mam swój team, ale gdzieś rękę trzymam, bo jestem jego szefem. Później przygotowania treningowe. Mając 20 lat, inaczej się działa niż mając 46. Tej pracy muszę włożyć więcej, żeby mieć tę samą formę. Mam też swojego trenera od przygotowań mentalnych, który jest we Wrocławiu. Tak więc wyjazdy, treningi…

Czyli pełny profesjonalizm?

Myślę, że nie utrzymałbym się przez tyle lat na tym poziomie, gdybym na pół gwizdka podchodził do tego, co robię.

Czy panu się jeszcze chce? Jak długo się będzie panu jeszcze chciało? Odejście będzie trudnym momentem dla Pana…

Odejście nie będzie proste. Nie tyle przygotowuję się do tego, co zdaję sobie z tego sprawę od kilku lat. Jakieś plany mam. Mam parę propozycji, projektów, którymi mógłbym się zająć w  przyszłość. Przy sporcie, ewentualnie niekoniecznie. Udało mi się też stworzyć jakieś swoje zaplecze. Nie będę się nudził. Oczywiście nigdy nie będzie takiej adrenaliny, jaka jest teraz. Nie czarujmy się. Ale największym sukcesem dla mnie jest to, że przez te wszystkie lata, to nie są medale, puchary, tylko są to osoby, czyli grono przyjaciół, których poznałem dzięki żużlowi i nie zawiodą mnie w trudnych sytuacjach. To jest szerokie grono ludzi, z  którymi dzielimy się pasjami. Mamy czas dla siebie, wyjeżdżamy razem na turnieje. Mamy wspaniałe dzieci, też sportowców. Też mam czas z nimi być przy tym wszystkim. Widzę to w różowych kolorach, aczkolwiek wiem, że adrenaliny będzie mi brakować, ale może gdzieś indziej ją sobie wyczaruję.

Można powiedzieć, że jest Pan spełnionym człowiekiem zarówno sportowo, jak i życiowo.

Tak. Jeśli będę miał zdrowie, moja rodzina będzie zdrowa, to ja jestem szczęśliwym gościem i nie mam sobie nic do zarzucenia.

Andrzej Flugel

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Więcej artykułów

Miasto wsparło gorzowską AJP (WIDEO)

Prezydent Gorzowa Jacek Wójcicki i prof. dr hab. Elżbieta Skorupska – Raczyńska, rektor Akademii im. Jakuba z Paradyża, podpisali umowę dotyczą finansowego wsparcia działań naukowych

Wyślij wiadomość

Wyślij wiadomość

Skip to content