Zakola i meandry. Dorsz z frytkami (FELIETON)

Mężczyzna przy stoliku
Dlaczego, chcąc odpocząć od zgiełku, wybieramy miejsca, gdzie ten jest jeszcze spotęgowany, a do tego pobyt tam strasznie drogi? - zastanawia się Andrzej Flügel
Jest jakaś dziwna maniera, że pobyt nad morzem bez zaliczenia promenady w Międzyzdrojach albo deptaka w Sopocie jest mniej ważny, jakiś taki mało światowy i cool – pisze Andrzej Flügel w felietonie “Zakola i meandry”.

Pan Bogdan, oglądając scenki, jak to Polacy podczas kolejnego długiego weekendu masowo ruszyli nad morze, ciągle nie może się nadziwić. Z jednej strony masowe narzekania na drożyznę, inflację, szokujące ceny czereśni, pietruszki i czego tam jeszcze, że o benzynie lepiej nie wspominać, z drugiej masowe exodusy nad morze, w góry, a w wersji ekskluzywnej w miejsca jeszcze droższe, czyli za granicę.

I znów jest narzekanie na cenę dorsza z frytkami w smażalni położonej przy plaży, jęczenie, że zwykle piwo, które w markecie jest za grosze, tam kosztuje 10, a w wersji hard nawet 12 złotych. Jest oczywiście tradycyjne prezentowanie rachunku za obiad czteroosobowej rodziny, jęczenie przed kamerami na drożyznę, wyliczanie przy dystrybutorze, ile teraz, przy szalonej cenie litra benzyny lub ropy, kosztuje przejechanie stu kilometrów.

I co? Właśnie nic. Mimo szalonych cen, inflacji plaże bałtyckie zapełniają się podczas takich wolnych kilku dni jak ostatnio. Jeden leży przy drugim, biegające małolaty obsypują piaskiem, siłą rzeczy musimy słuchać, jak za sąsiednim parawanem pani Monika ochrzania męża, że wczoraj popił, a obiecał zrobić przerwę, a z drugiej strony pan Janek głośno, na pół plaży opowiada, jakiego głupiego ma kierownika. Do tego dochodzą te same i niezmienne od lat okrzyki sprzedawców w stylu „Moja babcia chorowała, zjadła loda – ozdrowiała”.

Mimo tego wszystkiego tłumy ciągną do znanych kurortów jak pszczoły do plastra miodu. Jest jakaś dziwna maniera, że pobyt nad morzem bez zaliczenia promenady w Międzyzdrojach albo deptaka w Sopocie jest mniej ważny, jakiś taki mało światowy i cool. Podobnie przekonanie, że gofr na deptaku w Sopocie smakuje znaczenie lepiej niż ten gdzieś w powiatowym miasteczku w środku Polski.

Skąd to się bierze? Czemu się tak strasznie napinamy? Dlaczego, chcąc odpocząć od zgiełku, wybieramy miejsca, gdzie ten jest jeszcze spotęgowany, a do tego pobyt tam strasznie drogi? Czemu nie wybieramy fajnych, urokliwych miejsc, których w Polsce nie brakuje, a dodatkowo nie trzeba aż tak strasznie przepłacać, bo to, że wszędzie dziś jest drożej, to zupełnie inna historia?

Pan Bogdan nie ma pojęcia, a co wy o tym sądzicie?

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Więcej artykułów

Magdalena Podhajecka

Po co nam kultura? [KOMENTARZ]

Latem kwitną nie tylko ogródki, ale i kultura. Kibicujemy naszym na igrzyskach olimpijskich, świętujemy dożynki czy delektujemy się muzyką pod gołym niebem. Ale po co

Wyślij wiadomość

Wyślij wiadomość

Skip to content